9 maja 2017

Jeśli jesteś rodzicem, to przy czytaniu poniższych punktów zapewne będziesz potakująco kiwała głową – nawet, jeśli sądziłaś, że to tylko twoje dziecko tak ma. Jeżeli jednak dopiero spodziewasz się dziecka… cóż. Przygotuj się na to, co cię czeka . Oto, co doskonale zrozumieją tylko i wyłącznie rodzice.

„No pokaż cioci!” – nie ma bata!

Powiedzmy sobie szczerze – uwielbiamy się chwalić naszymi dziećmi i ich umiejętnościami. To szalenie miłe, kiedy ktoś powie: „Wow, ale słodziak, zrobisz to cioci jeszcze raz?”. Problem w tym, że nawet, jeżeli twoja pociecha, będąc w domu, śpiewa przez całą dobę „Panie Janie”, to nie ma siły, żeby zademonstrowała to publicznie. Nauczyła się chodzić? Świetnie, ale nie licz na to, że ktoś to zobaczy tak szybko, jak ty. Powtarza pierwsze słowo? Super, usłyszysz je znowu tuż po tym, gdy twój gość, przed którym tak bardzo chciałaś się pochwalić, opuści wasz dom. Dodajmy, że nie zawsze chodzi o zawstydzenie – czasem po prostu nie, bo nie ;-). Wisienką na torcie jest nasze tłumaczenie: „Wiesz, on naprawdę, naprawdę to potrafi!”.

Cisza jest złem.

Hałas, który tworzą dzieci, czasem bywa trudny do wytrzymania – wiedzą to nawet ci bezdzietni. Jednak tylko rodzice wiedzą, że prawdziwe zło to… cisza. Jeśli na moment stracisz czujność i zajmiesz się czymś, a potem nagle uzmysłowisz sobie, że dawno nie słyszałaś swojego dziecka, to wiedz, że COŚ SIĘ DZIEJE. Nie, ono się nie bawi samochodzikami i nie układa puzzli. Rzeczą, która tak interesuje twoją pociechę, by na dłuższą chwilę zamilkła, jest np. robienie babek z piasku z donicy. Obcinanie sobie włosów. Smarowanie szafek kremem na odparzenia tyłka. Wyciąganie kupy ze swojego pampersa (tak, tak…). Wysypywanie mąki na podłogę i mieszanie jej z olejem. Rysowanie po ścianie – szminką mamy. Cóż, przykłady można mnożyć bez końca, ale jedno jest pewne – cisza to czające się zło.

5-minut drzemki o godzinie 17 daje energię na 24 godziny.

Taka sytuacja: jedziecie samochodem, macie do przejechania dosłownie pięć kilometrów. Wasze dziecko sobie śpiewa, ogląda bajkę albo po prostu patrzy na krajobraz za oknem. Ok. Wymienicie z mężem dwa zdania, odwracasz się – śpi. I już wiesz, że jest po was.
To niesłychane zjawisko. Dziecko, które zaśnie na 10 minut o godzinie 17-18, zyskuje kosmiczną porcję energii. Nie zaśnie już jak zwykle o 19, o tym możecie zapomnieć. Jeśli padnie o 22 (i to po waszych wysiłkach), to możecie wyjmować szampana.

W weekend obudzi się o 5.40.

Dzieci nie powinno podejrzewać się o „knucie”, ale wszyscy rodzice zgodzą, że to nie może być przypadek.
Dziecko, które w tygodniu trzeba wybudzać każdego poranka („haaaaloooo, budzimy się! Wstań misiaczku, mamusia połaskocze…. No otwórz oczka!”), co trwa czasem i 15 minut, w weekend obudzi się o 6, a w skrajnych przypadkach o 5. I nie, nie zaśnie znowu, nie ma na to najmniejszych szans. I tak, w niedzielę też to zrobi. W poniedziałek już nie, bo przecież kiedyś trzeba odespać te pobudki, prawda?

Jeśli myślisz, że upiekło ci się przeklinanie przy dziecku…

To gorzko się mylisz. A ono pokaże ci to w absolutnie najmniej odpowiednim momencie.
Wszyscy jesteśmy ludźmi, czasem zdarzy się więc i co bardziej soczyste słówko. Siedzisz więc w domu ze swoim trzylatkiem, uderzysz się małym palcem w szafkę. Pada wiadome słowo, twoje dziecko wydaje się w ogóle tego nie zauważać, nie patrzy na ciebie nawet, niczego nie powtarza. Fajnie, upiekło się. Ha!
Trzy dni później na spacerze z dzieckiem spotykasz swojego szefa. Pada: „jakie słodkie dziecko, a ty coś mówisz, chłopczyku?”. Tak. W tym momencie twoje dziecko udowodni ci, że usłyszało i zapamiętało. Odpowie np.: „A moja mama mówi kuwa!” Kurtyna.

Winogrono? Ble! Zjem lepiej tę starą monetę!

Niech ci, których dzieci bez szemrania jedzą warzywa i owoce, wiedzą, że spłynęła na nich łaska. Pozostałe 99% doskonale wie, że przekonanie dwulatka do zjedzenia winogrona graniczy z cudem, marchewka jest największym złem, a mandarynką to można ewentualnie pograć w nogę. Do ust nie weźmie, koniec, kropka.
Niech jednak tylko wpadnie w te małe ręce stara, brudna moneta. Zardzewiały gwoździk. Niedopałek papierosa znaleziony na spacerze – według twojego dziecka to są delicje. Delicje, o których pozostawienie w ustach trzeba walczyć za wszelką cenę. Nie zrozumiesz. Nikt nie rozumie.

Bułka w sklepie – musi być.

Kupujesz owoce, robisz kefiry, mięso gotujesz na parze, dbasz, by warzywa były eko. Twoje dziecko pod kątem odżywiania ma, nomen omen, jak pączek w maśle. To jednak w ogóle nie zmienia faktu, że kiedy tylko przekroczycie próg hipermarketu, ono zacznie zachowywać się jak biedne, ubogie dziecko, które nie miało w ustach niczego od 24 godzin.
Dopóki nie zapchasz buzi bułką, dopóty nie zaznasz spokoju. A wcześniej będzie: „Bułka, bułka, bułaaaaaaaa!”. I tak, zawsze znajdzie się jakaś miła pani, która powie: „Biedactwo, ale głodny…”. Inni rodzice tylko się uśmiechną – oni WIEDZĄ.

Głaskasz, całujesz, ale gdy tylko się ruszy…

Na pewno to znasz. Śpi. Takie cudowne, niewinne, piękne – twoje dziecko. Nie możesz się powstrzymać, więc głaskasz je po głowie, całujesz słodką rączkę. Myślisz sobie nawet: „Jej, jak ja mogę się na ciebie czasem złościć…?”. I wtedy ono zaczyna się ruszać, stęknie coś przez sen. W rodzicu zachodzi zmiana o 180 stopni, w głowie pojawia się: „Boże, tylko nie to, śpij, no bez żartów!”. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że do szaleństwa kochamy nasze dzieci. A już zwłaszcza, gdy śpią… ;-).