2 października 2018

Niemal każda kobieta, która dowiaduje się o ciąży, zadaje sobie to pytanie: „Do ginekologa – prywatnie czy na NFZ?” Każda z tych opcji ma swoje plusy, każda ma i minusy. Poprosiliśmy zatem dwie kobiety o dwóch kompletnie różnych doświadczeniach, aby nam o nich opowiedziały. Oto ich relacje w kontekście konkretnych wątków.

Czas oczekiwania na wizytę

Niejednokrotnie słyszymy żarty na temat polskich terminów do lekarzy. Czy tak samo jest w odniesieniu do wizyt u ginekologa?

Kamila przez całą swoją ciążę chodziła do ginekologa w ramach świadczeń NFZ. Agnieszka wybrała lekarza pracującego w prywatnym gabinecie. Kamila:

– Kiedy dowiedziałam się o ciąży, był to gdzieś 5 tydzień. Do przychodni zadzwoniłam tydzień później i… zdębiałam. Okazało się, że na wizytę muszę czekać prawie 4 tygodnie. Powiedziałam, że chodzi o potwierdzenie ciąży, licząc na łaskawszy termin. Usłyszałam tylko: „Proszę pani, połowa naszych pacjentek to ciężarne”. Ostatecznie znalazłam się w gabinecie dopiero w 9 tygodniu – podkreśla 30-latka.

Jak wyglądało to u Agnieszki?:

– Nie było niespodzianki ani zawodu. Zadzwoniłam w piątek, dostałam termin badania na środę. Chyba każda kobieta spodziewająca się dziecka wie, jakie to ważne, by szybko usłyszeć: „Tak, jest pani w ciąży” – uśmiecha się Agnieszka.

Kolejki

Pod względem terminów wizyt zdecydowanie wygrywa gabinet prywatny. A jak jest z kolejkami z dniu wizyty?

– Mój lekarz kazał mi czekać 20 minut – wspomina Agnieszka. – I tak mnie to poirytowało, bo nie po to płacę, żeby siedzieć w poczekalni. Na kolejne wizyty czekałam już trochę krócej, czasem zdarzało się, że wchodziłam od razu.

Wspomnienia Agnieszki budzą śmiech u Kamili:

– 20 minut? Dobre. Podczas całej ciąży i tych wszystkich wizyt nie zdarzyło się, żebym czekała krócej, niż 1,5 godziny. Czasem było to nawet ponad dwie. Albo nie było lekarki, albo „opóźnienie bo coś tam”. Jeden raz zwróciłam uwagę lekarzowi, to powiedział, że ma 15 minut na jedną pacjentkę i opóźnienia będą zawsze. Koszmar, tylko dobra książka mnie ratowała – mówi Kamila.

Badania

Każda ciężarna musi regularnie wykonywać badania krwi i moczu oraz dodatkowe badania – USG oraz laboratoryjne w określonych terminach. Jak wygląda to w zależności od tego, którą placówkę wybieramy?

– Dla mnie bardzo ważne było USG i miałam je na każdej wizycie – wyjaśnia Agnieszka. – Miałam swoje niepokoje i obsesje, więc po prostu musiałam zobaczyć dziecko co miesiąc, chyba wiele kobiet mnie zrozumie. Lekarz ochoczo wystawiał skierowania na badania laboratoryjne, ale w końcu nikt z „NFZ” nad nim nie stał i go nie kontrolował. Z drugiej jednak strony, pamiętam moment, w którym musiałam mu przypomnieć, że czas na posiew z pochwy – zbliżał się termin porodu. On kompletnie o tym zapomniał, a badanie wskazało niekorzystny dla mnie wynik. To trochę ostudziło mój zachwyt jego kompetencjami – wyjaśnia.

Jakie doświadczenia miała na tym polu Monika?

– Powiedzmy sobie szczerze – w wielu publicznych przychodniach ginekologicznych sprzęt do USG to jakaś przedpotopowa porażka. Dwukrotnie byłam w ciąży, każdą prowadziłam na fundusz. Pamiętam, jak podczas pierwszej wizyty z pierwszym dzieckiem lekarz nie mógł znaleźć tętna dziecka. Stwierdził, że ciąża obumarła i wysłał mnie na zabieg. W szpitalu okazało się, że dziecko żyje i ma się świetnie… W drugiej ciąży było lepiej ze sprzętem, ale ilość badań USG to porażka. Moja lekarka wykonała mi dwa takie badania i koniec. Najśmieszniejsze było jednak to, kiedy stwierdziła, że muszę mieć badanie genetyczne. Poprosiłam o termin i usłyszałam: „Ale to nie u nas, z naszym sprzętem nie da rady. Dam pani numer do ginekologa X”. Oczywiście chodziło o wizytę prywatną. Poszłam, ale uważam, że to kpina – dodaje.

Niestety, uczęszczanie na wizyty w ramach NFZ często wiąże się także z ograniczaniem badań laboratoryjnych. Lekarze niespecjalnie chcą przepisywać pacjentkom np. skierowania na badania pod kątem wirusa HIV.

Ceny

Tutaj „wygrywa” oczywiście NFZ. Ile na prowadzenie ciąży wydała Kamila, a ile Agnieszka?

– Niewiele, tylko ten jeden raz, kiedy musiałam pójść na badanie genetyczne – mówi Kamila. – Przy całej tej reszcie zarzutów trzeba przyznać, że prowadzenie ciąży na NFZ to wielka oszczędność. Znałam swoje prawa i wiedziałam, jakich badań mogę wymagać od ginekologa, więc na tym polu też nie odczuwałam braków.

– Wolę nie liczyć – tłumaczy Agnieszka. – To fortuna. Kiedy rozpoczęłam cykl wizyt prywatnych nie pomyślałam, że za badania laboratoryjne też będę musiała płacić. W połowie ciąży okazało się, że w macicy jest krwiak i musiałam zwiększyć częstotliwość badań na co dwa tygodnie – czyli o 200 zł więcej. Za każde KTG pod koniec ciąży (co drugi dzień, bo mocno przenosiłam ciążę) płaciłam 50 złotych. Moja ciąża kosztowała mnie pewnie z kilka tysięcy – wspomina.

Między komfortem a darmowymi usługami

Nie pozostaje wątpliwości, że jakość usług świadczonych ciężarnym w ramach NFZ pozostawia wiele do życzenia. Długie terminy, kolejki, fatalny sprzęt, rzadko wykonywane USG i krótkie wizyty – to najczęstsze zarzuty, jakie wymieniane są przez pacjentki korzystające z „funduszu”. Z drugiej strony mamy wielki komfort, ale za wysoką cenę. Gdzie jest złoty środek?

Niestety, póki sytuacja przedstawia się w taki sposób, rozwiązaniem wybieranym przez kobiety jest korzystanie z „mieszanej” opieki. Większość na NFZ, USG połówkowe i 3D w ramach prywatnej wizyty oraz oczywiście dodatkowa, prywatna konsultacja w przypadku ciążowych komplikacji. To rozwiązanie, z którego korzysta wiele kobiet w ciąży i wszystko wskazuje na to, że będzie tak przez jeszcze długi czas.

Dodaj komentarz